Portal kulturalno-społeczno-informacyjny gminy Sułkowice i okolic |
|
|
Pejzaże i kościoły - malarskie pasje Stanisława Mieleckiego
Sułkowice.info: Kiedy zaczął Pan malować? Stanisław Mielecki: Z tym moim malowaniem to było tak. Handlarze chodzili po Sułkowicach z obrazami świętymi i je sprzedawali. Ludzie nie mieli obrazów, bo nie było takich możliwości jak dzisiaj, że idziesz do sklepu i wybierzesz sobie jaki chcesz. To co oglądałem wtedy, to była straszna tandeta. Pomyślałem więc sobie, że przecież to żaden problem namalować taki obraz. Trzeba wziąć wzór np. Giovanniego czy innego włoskiego malarza i po prostu zrobić kopię. W ten sposób namalowałem wiele obrazów. Okazało się, że potrafię malować bardzo dobre kopie obrazów. A drugi przypadek to taki, że życie zetknęło mnie z Witoldem Jańczakiem – artystą malarzem z Krakowa i zacząłem z nim malować kościoły. Z ciekawych przypadków, związanych z początkiem mojego malowania, pamiętam dobrze jeden. W Nowej Hucie, zaraz po wojsku, namalowałem siostrze na ścianie ot tak - jakieś drzewko, grzybka, krasnoludka pod drzewkiem. No i ludziom tak się to spodobało, że zacząłem malować po domach: tu drzewko, bociana, tam jakiś wzór. Przy tej okazji też zaczęła się właściwa część mojego malowania czyli malowanie pokojowe. Widziałem, że z tego będą pieniądze, więc poszedłem w to. Natomiast z malowania obrazów pieniędzy nie było. S.i.: Czy ktoś Pana uczył malować? S.M.: Do wielu rzeczy dochodziłem sam. Natomiast podstawowych umiejętności uczył mnie Jańczak. Był on profesorem na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. On mi wszystko tłumaczył, pokazywał, uczył malowania i konserwacji obrazów, jak również uczył mnie malować pejzaże. Do dziś mam w domu sporo jego obrazów. S.i.: Jakie jeszcze obrazy ma Pan w swoim dorobku? S.M.: Dużo obrazów malowałem dla przyjemności, głównie pejzaże. A dla zarobku to były malowania już w kościołach, skąd miałem zamówienia. Wiele rzeczy odnawiałem np. obrazy olejne, ścienne, wykonałem także kilka kopii obrazów o tematyce religijnej. S.i.: Jak wyglądała konserwacja takiego obrazu? S.M.: Przykładowo w Inwałdzie konserwowałem obrazy z bocznych ołtarzy kościoła. Były one już tak stare i zniszczone, że prawie czarne, mało co było na nich widać. Musiałem je wyczyścić, ściągnąć z nich ten cały brud, oczywiście odpowiednią techniką, następnie podmalowałem obraz tam, gdzie trzeba było i potem nakładałem nowy werniks (specjalny lakier konserwujący). Niekiedy obrazy były bardzo kruche, słabe, popękane. Wówczas trzeba było zacząć od zdublowania płótna i dopiero po tym przystępowało się do konserwacji. I w ten sposób można było coś zarobić. Natomiast namalować obraz i potem próbować go sprzedać to się nie opłaciło w ogóle. S.i.: Jakich materiałów używał Pan kiedyś, a jakich używa teraz? S.M.: Malowałem dużo farbami olejnymi. W tej chwili z uwagi na to, że pracuję w domu, maluję akwarelami, temperami, gdyż nie mam pracowni, a w domu jest to niemożliwe, bo byłby niesamowity smród. Nie maluję już teraz na płótnie, tylko na papierze. S.i.: Jaka jest tematyka pańskich prac? S.M.: Raczej trzymam się tego, co potrafię namalować dobrze. Jeden ma uzdolnienia tylko do portretów, drugi będzie malował wszystko, a ja maluję pejzaże, inne rzeczy odpadają.
S.i.: Ale namalował Pan przecież obraz ze swoją prababcią? S.M.: No tak, ale to już stanowi dla mnie dosyć duży wysiłek, utrzymać te wszystkie proporcje. Pejzaż daje mi większą swobodę i w tym się czuję dobrze. S.i.: Ile czasu zajmuje Panu namalowanie obrazu? S.M: To wszystko zależy od tego, co chcę namalować. Jeśli chodzi o kopie, to zajmowały mi one bardzo dużo czasu. Np. ta kopia, która tu wisi (obraz poniżej) to ok. 6 tygodni. Pewnie, że nie malowało się całymi dniami, ale tak czy inaczej tyle to trwało. Pejzaże większe to ok. 2-3 dni. A te obrazy, które teraz maluję to zazwyczaj jeden dzień. Tzn. mam na myśli czas pomiędzy 8 rano a jakąś 16 jeśli chodzi o porę jesienno-zimową, bo wtedy jest odpowiednie światło. Malowanie wieczorem to już nie na moje oczy. Ale są też obrazy, które potrafię namalować w godzinę.
S.i.: Kiedy rozpoczął Pan prace malarskie w kościołach? S.M.: Zaczęło się to od spotkania z Jańczakiem. Zetknęliśmy się w kościele w Sułkowicach. To był bodajże 1968 rok. Malował prezbiterium i potrzebował pomocnika. Proboszczem był wtedy ksiądz Bruno Wyrobisz – on mi zaproponował tą posadę. Jańczak miał się zajmować elementami artystycznymi, a ja miałem malować ściany. No i tak się zaczęło. Potem jakoś tak wyszło, że jemu pasowała moja osoba i zaprosił mnie do współpracy przy wykonywaniu prac w innych kościołach. S.i.: Jakie kościoły Pan odnawiał? S.M. Później malowaliśmy w kościele w Zadrożu za Skałą. Następnie było bardzo ciekawe malowanie drewnianego kościoła w Zawoi. Malowaliśmy go temperą. Do sporządzania spoiwa do farby stosowaliśmy jajka i pokost. Malowaliśmy dwa albo trzy razy kościół w Bełżcu, kościół w Stróży, w Baszni na wschodzie. Tam malowałem już bez Jańczaka (wtedy to ja wziąłem sobie pomocnika), gdyż zmogła go choroba. No i konserwacją obrazów i innych zdobień zajmowałem się już wtedy ja. Przez tyle lat wspólnego malowania z Jańczakiem tyle się nauczyłem i wszedłem w rytm jego malowania, że mogłem to sam wykonywać. Malowałem też z Józefem Nawałką -artystą malarzem z Krakowa - kościół w Podwilku, w Miechowie. Współpracowałem też z architektem wnętrz z Krakowa Mieczysławem Wieczorkiem. Z nim robiliśmy m.in.: kościoły w Skawinie i Rzykach. S.i.: Jakie prace wykonywaliście podczas konserwacji i malowania takich kościołów? S.M.: Czyszczenie, konserwacja, złocenie obrazów, ołtarzy, figur, a także odnawianie stolarki, tabernakulum. No i ściany. Pomalowanie ścian nie było problemem, ale wcześniej trzeba było ściągnąć wzory wszystkich dekoracji namalowanych na nich i po odmalowaniu ścian odtworzyć je na nowo. I to już była niezła sztuka. W Zawoi np. na suficie było namalowanych ok. 600 gwiazd. To trzeba było na nowo odmalować – i to na drewnie. Była to niesamowita praca. S.i.: Jak przyjmowano was na parafiach? S.M.:. Zawsze byliśmy przyjmowani bardzo dobrze. Do Bełżca to jeździliśmy prawie jak do rodziny. S.i.: Zdarzały się jakieś niebezpieczne sytuacje przy pracy np. na wysokości? S.M.: Jak to na rusztowaniu – zdarzały się. Raz w Bełżcu właśnie leciałem z rusztowania, bo źle podłożyłem sobie deski. Było to na szczęście niewysoko, więc nic mi się nie stało. Obserwowała to wszystko siostra zakonna z proboszczem. Po wszystkim siostra zapytała mnie, co myślałem jak leciałem w dół. Odpowiedziałem, że myślałem tylko o jednym – żeby nie ochlapać ściany farbą, którą miałem w ręce, bo był to już końcowy etap malowania. Na szczęście udało mi się w momencie kiedy straciłem równowagę odłożyć jeszcze w ostatniej chwili wiadro z farbą na inną deskę. W przeciwnym razie efekt mojej długiej pracy poszedłby na marne. Nie myślałem wtedy w ogóle, że może mi się coś stać, myślałem tylko o tym, żeby nie zniszczyć swojej pracy (śmiech).
S.i.: Był Pan w szkole oficerskiej, w której podobno też był jakiś początek malowania. S.M.: Byłem przez 3 lata w Oficerskiej Szkole Wojsk Inżynieryjnych we Wrocławiu i faktycznie tam też w pewnym sensie zaczęła się przygoda z malowaniem. Mianowicie przed kontrolą w szkole trzeba było całe koszary doprowadzić do idealnego stanu. Najpierw było ogólne sprzątanie, potem podzielono nas na brygady i każda miała przydzielone jakieś zadanie. Ja trafiłem do brygady malarskiej. Pomyślałem sobie: „cóż to za problem, przecież nieraz widziałem jak matka malowała w domu”. Zacząłem malować i okazało się, że bardzo dobrze to wychodzi. Jak trzeba było namalować na ścianie jakieś paski, linie itp. to wołano od razu mnie. Wykładowcy przyglądali się i tak im się to podobało, że później przychodził taki np. dowódca plutonu i pytał: „Może byście pomalowali też mnie w domu ściany”. W ten sposób malowaliśmy u naszych przełożonych ściany, okna, drzwi. To było pierwsze zetknięcie się z malowaniem, tym zarobkowym. S.i.: A czego generalnie uczył się Pan w tej szkole? Jaka była Pana specjalizacja? S.M.: Drogi kołowe i mosty. Uczyliśmy się projektować, obliczać i budować drogi oraz mosty. Jeśli chodzi o mosty to musieliśmy jeszcze poznać sztukę ich burzenia. Trzeba było obliczyć, ile materiału wybuchowego należy użyć, w których miejscach go podłożyć, odpowiednio połączyć z zapalnikiem. I za to dostawało się oceny, tak jak w szkole. Oprócz tego budowanie zapór, zasieków, schronów, maskowanie, farbomaskowanie...Materiału do przyswojenia było niesamowicie dużo. S.i.: Jaki tytuł miał Pan po skończeniu tej szkoły? S.M.: Technik dróg kołowych i mostów. S.i.: Odszedł Pan z tej szkoły na własne żądanie. Dlaczego? S.M.: Kiedy kończyłem szkołę przyszły przemiany polityczne i około 30-40% z nas uciekło do cywila, bo nie chcieliśmy walczyć z własnymi ludźmi. To był 1956 r. Zabierali nas na obstawy i wychodziło na to, że mamy strzelać do naszych robotników . A przecież mieliśmy być obrońcami ludzi. Dla nas to był straszny szok. Właściwie nie mówiło się o tym ani nikt tego nie opisywał, ale w tym okresie z tych oficerskich szkół i z wojska bardzo dużo osób się zwalniało na własne żądanie. Oczywiście władze kamuflowały to i zwolnienia były niby z innych powodów – czy to stanu zdrowia czy sytuacji rodzinnej. S.i.: Malarstwo artystyczne, malarstwo wnętrz, konserwacja kościołów, obrazów, a przede wszystkim ta szkoła oficerska, gdzie poznał Pan wiele inżynierskich tajników, to bardzo duży bagaż doświadczeń. Wiem, że wykorzystał to wszystko Pan potem dla dzieci i młodzieży w Sułkowicach. S.M.: No tak. Założyliśmy LOK (Liga Obrony Kraju) w Sułkowicach, zrobiliśmy strzelnicę, gdzie młodzi mogli przyjść i postrzelać z prawdziwej broni w bezpiecznych warunkach, pod moim okiem. Jeździliśmy na zawody strzeleckie. Urządzaliśmy zawody dla motocyklistów, budowaliśmy dla nich tory przeszkód. Tak się wtedy organizowało czas dla dzieci. A potem to samo robiłem dla wnuków.
S.i.: No właśnie. Wnuki ponoć uwielbiały dziadka, bo potrafił zrobić dla nich wszystko, co sobie wymyśliły? S.M.: Na okrągło robiliśmy jakieś miecze, łuki, kusze, bo chłopcy musieli mieć czym się bawić. Były dwa domki na drzewie w ogrodzie, potem boisko do gry w piłkę nożną, pod które trzeba było wyciąć dwa rzędy drzew. Największym przedsięwzięciem był chyba basen. Zaczęło się od tego, że wykryto u dwójki z moich wnuków jakieś wady kręgosłupa. No i jeździj tu z nimi na basen co chwilę, jak to i daleko, i drogo, i ciężko się dostać. Wymyśliłem więc, że zrobię im basen. Nie wierzyli mi, że to się uda. A ja im powiedziałem, że jedno popołudnie i będzie gotowy. No i faktycznie – łopaty, deski, kawałek linoleum, folii, zagoniłem wnuki do roboty i w jeden dzień zbudowaliśmy basen. Mało tego – ustawiliśmy piec w garażu, paliło się w nim i do basenu lała się ciepła woda, żeby chłopcy nie musieli czekać aż się nagrzeje na słońcu. Ludzie się tylko dziwili, że u Mieleckiego w środku lata leci dym z komina. S.i.: Dziadek był więc złotą rączką? S.M.: Trzeba po prostu mieć chęci. Jak się chce, to się zrobi wszystko. S.i.: Dziękuję bardzo za udzielenie wywiadu. Gratuluję tak aktywnej działalności i życzę jeszcze wielu namalowanych obrazów.
Mon, 02/16/2009 - 16:26
|
|